spacer
spacer
 
Greenway 2001
Wyprawa... Poważne słowo, poważna sprawa, wyprawa na Ukrainę to już jest coś. Na Ukrainę, o której tyle się słyszało przeważnie przestróg –uważajcie na rowery, portfele itd.

            Ale od początku. Start - stacja kolejowa Jankowce - i pierwsza lekcja cierpliwości zafundowana przez PKP. Pół godziny spóźnienia pociągu, a przecież tyle drogi przed nami. W pociągu spotkanie z celnikami, kolejne ostrzeżenia i oczywiście zdziwienie z odrobiną uznania: „Wariaci”. Dobry znak na początek - pieczątkę w paszport dostałem od bardzo ładnej celniczki.         

Chyrów – jeszcze kilka formalności i wysiadamy. Wymiana waluty i powoli ruszamy żegnani wzrokiem cokolwiek zdziwionych mieszkańców.

Kierunek: Przełęcz Użocka . Kręcimy spokojnie asfaltem, droga bardzo szeroka, nie pierwszej jakości, ale też bez dziur. Bardzo mały ruch, mijamy kolarzy na ścigaczach, standardowe pozdrowienie i tu pierwsza usterka. Siedzenie Andrzeja odmówiło posłuszeństwa. Postój –serwis – i znów jesteśmy w drodze.

Mijamy małe, senne miasteczka, duży cmentarz żydowski i sporo interesującej architektury - głównie cerkwie, opuszczone i wyniszczone. Czas i socjalizm nie obeszły się z nimi łagodnie. Po pokonaniu 20 kilometrów za Starym Samborem  zbaczamy z głównej szosy i wzdłuż doliny rzeki Linunka podążamy w kierunku wsi Wielka Linina. Mijając domostwa zagubionej między górami wsi Linina odnosimy  wrażenie, że nie jest to wyprawa rowerowa w głąb Karpat Wschodnich, lecz podróż w czasie. W miejscowości tej  odciętej od świata, ludzie żyją rytmem wyznaczanym przez pory roku, żyjąc zgodnie z tradycjami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie. Jedziemy dalej kamienistą drogą, która zaprowadzi nas na szczyt połoniny Wierhowina Orowij o wysokości ok.700 m n.p.m. Niesamowita jazda wielką łąką ciągnącą się po horyzont. Mijamy szałas pasterski, opodal dwa konie cwałujące swobodne i nieskrępowane - ani śladu ludzi. Stąd rozciąga się widok „naszych” Bieszczadów jednak w zupełnie  innej, jakże pięknej  perspektywie. Na południu rozciągają się pasma połonin ukraińskich. Zjazd w  kierunku widocznych w dole wiosek przerywają dwie, na szczęście niegroźne, wywrotki Daniela.

 Dalej trasa ma nas prowadzić poprzez małe wioski wzdłuż biegu Dniestru, który w tych okolicach ma swoje źródła. Tutaj dopiero wzbudzamy sensację! Nasze kolorowe stroje przyciągają wzrok i uwagę miejscowej ludności. Przerywają wykopki i głośno komentują naszą obecność. Zaskoczyła nas ich przychylność. Gdziekolwiek się zatrzymujemy, by sprawdzić trasę na mapie, spotykamy się z chęcią pomocy. Nie ma żadnych problemów z językiem, porozumiewamy się bez trudu. Miejscowe dzieci na „Ukrainach” chwilę jadą za nami w bezpiecznej odległości, lecz próba kontaktu kończy się ich ucieczką. Jedziemy doliną Dniestru.  

Trasa łatwa, mało podjazdów. Kiedy jednak kończą się wioski, wkraczamy w tereny mniej zamieszkałe, dzikie. Polną drogą  pniemy się w górę a tu zaczynają się piękne widoki Kierując się mapą i wskazówkami próbujemy uniknąć przeprawy przez Dniestr. Most linowy, kładki, rozmowy z uroczymi dziewczętami - sama radość!

 A jednak przeprawa przez rzekę nas nie ominęła. Na dodatek dwa razy. Zakole rzeczne spłatało nam figla. Desperacja Robaka (Marcina Robaszkiewicza) skusiła go do próby przejechania przez bród. Efekt- upadek do troszkę zimnej wody . I w końcu  Limna. Niepozorna mała wioska, ale jest sklep, jakiś urząd i kursuje tu autobus. Skromne zakupy, degustacja piwa i w drogę, bo zbliża się wieczór. Za Limną skręcamy do wsi Dniestrzyk  Dębowy, chcąc dotrzeć przed zmrokiem do historycznych źródeł Dniestru. Przez stulecia powszechnie uważano, że w południowej części tej wsi ma swój początek rzeka Dniestr.
    
.   Dniestrzyk Dębowy  położony jest bardzo wysoko i jest to jedno z piękniejszych miejsc w Bieszczadach. Bardzo malownicza jest także dolina potoku, któremu odebrano zaszczyt bycia początkiem potężnej rzeki Dniestr. Niestety nie udało nam się odnaleźć historycznego dębu, spod którego początek bierze rzeka. Zapadający zmrok zmusił nas do kontynuacji jazdy w kierunku miejscowości Turka. Omijając liczne stada bydła mkniemy coraz szybciej, by zdążyć przed zmrokiem

Nareszcie Turka. Na ulicach już ciemno. Jedynie prywatne sklepy i bary są oświetlone. I niespodzianka - brak hotelu. Po krótkich trudnościach znajdujemy nocleg w HURTOŻYTOKU – akademiku. Bez wody i  światła, ale to nie problem, mamy latarki, jest ciepło, sucho i bezpiecznie. Kolacja i zasłużony odpoczynek.

Niedziela, 6 rano - śniadanie, pożegnanie z gościnnym administratorem i w drogę. Na początek dłuuuugi podjazd, a dalej szczytem kręcimy w kierunku Przełęczy Użockiej. Mocny wiatr utrudnia jazdę, chmury ograniczają widoczność i straszą deszczem. Mimo że jest to droga międzynarodowa, jesteśmy na niej tylko my. Jedynie od czasu do czasu mija nas jakiś samochód. Po trzech godzinach jazdy troszkę zmarznięci zatrzymujemy się w gościnie w przydrożnej, samotnej chacie. Nagi tors gospodarza i żona w szlafroku nikogo nie peszą.      

Uczta z  herbatą o zapachu kminku, gitara w rękach gospodarza i Marlboro w jego ustach pozostanie długo w naszej pamięci. Jeszcze zdjęcie, strzemiennego na drogę i jazda. Rozgrzani herbatą, posiłkiem jedziemy raźniej. W dole po prawej Sianki. Te słynne Sianki - koniec Polski. Z naszej strony pozostały tylko ślady wioski wysiedlonej w akcji „Wisła” [ o drodze do Sianek pisaliśmy w pierwszym numerze „Przygody!” – redakcja ], a tu duży węzeł kolejowy i tętniąca życiem miejscowość. Długi, kręty, niesamowity,  zjazd z Przełęczy Użockiej, a wokół góry, w których zioną otwory tuneli, mosty, wiadukty i długi sznur wagonów, co rusz z innej strony - to główny szlak kolejowy na Węgry i Słowację.

Użok wita nas deszczem, więc korzystając z okazji wsiadamy do pociągu. Do Małego Bereznego docieramy wypoczęci, w suchych ubraniach i głową pełną wrażeń. Jeszcze kilka kilometrów i Wielki Berezny, a za miastem przejście graniczne - Ubla. Deklaracje celne, kontrola bagażu, paszportów zajmują około godziny, ale jesteśmy zadowoleni. Najważniejsze, że wypogodziło się, a na Słowacji asfalt jest gładki jak pupa niemowlaka. Teraz jazda jest przyjemna i wesoła, kilometry uciekają spod kół szybko i bezboleśnie.

W Sninie czeka na nas przyjaciel, Josef Talarowic, pełen energii i zaangażowania w nasz projekt gość. Rozkładamy się w prowadzonym przez Słowaka Centrum Wolnego Czasu. Dobry obiad i prysznic dodają nam sił. Odświeżeni i najedzeni wyruszamy na imprezę. Dyskoteka kończy się bójką - bez naszego udziału, ale integracja międzynarodowa w toku. Jana i Andrea wprowadzają nas chętnie w tajniki języka słowackiego. Jednak zmęczenie daje znać o sobie i postanawiam jako pierwszy skorzystać z dobrodziejstwa śpiwora.Poniedziałek. Wstaliśmy późno, śniadanie, pożegnanie z Josefem i, niestety, deszcz na trasie. Dwadzieścia kilometrów do Humennego pokonujemy w tempie 35 minut. Mimo deszczu jesteśmy zadowoleni, bo zdążyliśmy na pociąg do domu. Szybkie zakupy i ładujemy się do przedziałów. Już w drodze przeżywamy na nowo te trzy dni niebanalnej przygody. Taka sama podróż już się nie powtórzy!

Zagórz - nareszcie. Promienny uśmiech Marty rozświetla szarą stację, dodaje nam sił na ostatnie siedem kilometrów drogi do Leska.Zachwycające widoki, otwarte przestrzenie, nieskażona przyroda, gościnność i przyjaźń mieszkańców z drugiej strony granicy oraz reszta, nie do opisania, wrażeń to wspaniała nagroda za wykręcenie ponad 200 km

Autor tekstu: Tomek Pietruszka

 
 

Version