spacer
spacer
 
Greenway 2005 - wyprawa rowerowa na Zakarpacie

Poniżej prezentuję reportaż  Krystyny Pawliszak z  wyprawy rowerowej przebiegającej  szlakiem  "Greenway - Karpaty Wschodnie".  Chciałbym serdecznie podziękować  za pracę włożoną  w opracowanie relacji. Wyprawa  zorganizowana została  wraz z przyjaciółmi ze  słowackiej organizacji "Fenix" i miała na celu ukazanie piękna przyrody i dziedzictwa kulturowego Karpat Wschodnich.

Zbyszek Przytulski

Greenway 2005 

17.07.2005. Godzina 12.00. Początek przygody na szlaku Greenway – Karpaty Wschodnie. Przed znaną w Lesku herbaciarnią a zarazem, znajdującą się na piętrze siedzibą organizacji „Baszta”, kilkoro rowerzystów ładuje do pomarańczowego busa hektolitry wody pitnej i „hektokilogramy” konserw (tudzież cieszących się niesłabnącą sławą zupek chińskich). W parkowej alejce poznajemy pierwszego uczestnika – Bartka. Pochodzi z Iwonicza Zdroju, ale do Leska przyjechał aż z Torunia, gdzie pracuje. O wyjeździe dowiedział się dzień wcześniej z internetu – nie miał problemów z decyzją.

Zdążyliśmy zamienić kilka słów, gdy „zaatakowały” nas wielki mikrofon i groźne oko kamery. Okazało się, że ekipa programu „Miasto marzeń” postanowiła nakręcić relację z naszej podróży do granicy. Od krępującego wywiadu uwolniło nas przybycie Zbyszka – spiritus movens polskiej części całego przedsięwzięcia. Pod herbaciarnią poznaliśmy resztę uczestników: Ewę z Lanckorony – zajmującą się wytyczeniem Bursztynowego Szlaku – Greenways; Suzanę – Hiszpankę, która przyjechała do Polski na roczny wolontariat i w ramach urlopu postanowiła dokładniej zwiedzić ten obszar Europy; na czterech kółkach niezmordowanie towarzyszyli nam Marta i Marcin – młode małżeństwo. Wszyscy zgodnie twierdzimy, że im było najciężej – podczas gdy my poddawaliśmy się wspaniałym kąpielom słonecznym i pozwalaliśmy, by ciepły wiatr owiewał nasze uśmiechnięte twarze, oni dzielnie znosili trudy dusznej kabiny i wiecznego cienia…Dziękujemy! Bartek, Gracjan, Kuba i Zbyszek to trzech eks-członków klubu rowerowego w Lesku. Było widać, że znają się na rzeczy, choć nie dawali odczuć bolesnej różnicy amatorom (takim jak ja J); Sławek przyjechał aż z Warszawy. Zakochany w Ukrainie od momentu pieszej wyprawy w Gorgany, wyczekiwał chwili, w której mógłby tam powrócić. Na szczęście zabrał mnie ze sobą.

DIEŃ I : Lesko - Snina

Wreszcie ruszyliśmy w drogę. Chciałoby się powiedzieć – „z piskiem opon” – ale start był raczej spokojny. Nikt nie mówił, jakim tempem mamy jechać, nikt nie mówił, ile kilometrów przed nami. Na razie cieszyliśmy się, że droga wiedzie z górki. W Nowosiółkach pierwszy postój i zwiedzanie Muzeum Przyrodnictwa i Łowiectwa. Niektóre eksponaty co wrażliwszych gości przyprawiały o dreszczyk.

   Jakiego rodzaju będzie ta wycieczka zaczęło mi się klarować przy podjeździe do Cisnej. Kiedy tak pedałujesz i masz wrażenie, że mimo wszystkich twoich wysiłków zaraz zaczniesz zjeżdżać w dół a szczyt wciąż kryje się za którymś z licznych zakrętów, jedyne, na co masz ochotę, to rzucić rower do przydrożnego rowu i złapać stopa. Na szczęście w decydującym momencie wierzchołek zaczyna majaczyć ci przed oczyma i obietnicą szalonego zjazdu dodaje ci sił. Po przebyciu całej trasy muszę przyznać, że to był najtrudniejszy fragment. Cisna tego dnia obchodziła swoje święto i trafiliśmy na radosny festyn, więc warto było trochę się pomęczyć.

    Do granicy w Roztokach Górnych udało nam się dotrzeć na 5 minut przed jej zamknięciem. Polska żegnała nas jak każda dobra matka – spłakana - deszczem. Słowacja witała nas pięknym słońcem, aczkolwiek kamienistym szlakiem. Ruské Sedlo to raj dla kaskaderów. Przeszłam tu ekspresowe szkolenie jazdy po kamieniach. Niektórzy z naszych „instruktorów” prezentowali nam tu (śmiem podejrzewać, że dosyć spontanicznie) prawidłowe sposoby rowerowych wywrotek. A droga była naprawdę piękna i można się było zapatrzeć. Gdy wyjechaliśmy z lasu, otworzyła się przed nami cudowna, łąkowa dolina. Po pewnym czasie ujrzeliśmy w oddali ogromny zalew. Była to Starina. Cieszyłam się bardzo z perspektywy dłuższej jazdy jej brzegiem w nadziei na piękne widoki. Nadzieje okazały się płonne, gdyż z tego miejsca zaopatruje się w wodę pitną cała wschodnia Słowacja i zalew ukryty jest za gęstą ścianą drzew – między innymi również po to, by nie kusić amatorów kąpieli. Kolejną atrakcją na trasie było (zarezerwowane dla nieuważnych) przymusowe hamowanie na barierce, okalającej ostry zakręt przed Stakčinem. Na szczęście nasza „forpoczta” stała w tym miejscu i głośno ostrzegała nadjeżdżających, toteż nikomu z nas nie udało się zaliczyć tego punktu.

O zmierzchu przybyliśmy do Sniny – miejsca spotkania ze słowackim szefem wyprawy – Josefem. Telewizja zrobiła nam niespodziankę, przyjeżdżając aż tutaj. Jeszcze tylko ostatnie ujęcie na prośbę pani redaktor – tryumfalny wjazd do miasta. Potem wieczorne zwiedzanie Sniny, kosztowanie znanego słowackiego specjału i pierwsza lekcja języka naszych sąsiadów (Josef przestrzegł naszego kolegę, który robił maślane oczy w stronę kelnerki, żeby nie mówił jej, że jest „ładna”, bo u nich znaczy to – „szalona”). Po ubogacających nocnych wojażach mogliśmy wreszcie rozgościć się w uroczym przedszkolu, gdzie w towarzystwie misiów i lal przyszło nam spędzić pierwszą noc.

DZIEŃ II: Snina - Wołosianka

Wypoczęci, zwarci i gotowi, i ani trochę zaspani (gdybym opowiadała Wam to na żywo, w tym miejscu mrugnęłabym okiem) pochłonęliśmy co nieco z puszkowych zasobów i stawiliśmy się na spotkanie ze snińskim burmistrzem. Pod pomnikiem Karoliny (to piękna młoda dziewczyna, która chyba miała podnosić morale słowackich robotników) ustawił się szpaler dzielnych rowerzystów (gdy dołączyli Słowacy, uzbierało się nas około dwudziestki). W firmowych koszulkach „Zeleny bicykel” sfotografowaliśmy się z panem burmistrzem, wysłuchaliśmy jego pożegnalnego przemówienia, którego niestety nie zrozumiałam, i popędziliśmy w stronę granicy ukraińskiej. Tu po raz pierwszy otarliśmy się o widmo zmylenia drogi, ale czujny Josef zawrócił nas na właściwy tor. Przed Ublą czekał nas jeszcze trudny podjazd pod Kolonicky Vrch. Co słabsi korzystali tu na różne sposoby z pomocy samochodowej. Informacji o tych metodach, ze względu na ustawę o prawach autorskich, udostępniamy wyłącznie podczas wyjazdu Greenway – Karpaty Wschodnie.

Z Vrchu do samej Ubli zjeżdżaliśmy, bijąc rekordy szybkości. Migiem wypełniliśmy deklaracje. Trochę więcej czasu zajęło czekanie na swoją kolej. Przy tej okazji mieliśmy szansę podziwiać wspaniałe ukraińskie psy graniczne, które przeraźliwie nas oszczekiwały. Przyznam się, że zrobiło mi się trochę słabo, gdy jeden z celników spuścił psa i bez żadnej smyczy prowadził do budynku. Ku naszemu zdziwieniu ten groźny pies, uwolniony z łańcucha, zaczął łasić się do swego pana jak, nie przymierzając, jakiś „puszek okruszek”. A taki znowu okruszek to on nie był!!!

   Moje pierwsze wrażenia z Ukrainy nie były zbyt korzystne. Teren płaski, szary krajobraz, chropowaty asfalt nagrzany i parujący czymś dziwnym i ciężkie, prawie pancerne ciężarówki.  Wielkim Bereznym dołączyło do nas pięciu Ukraińców. Odczuliśmy zastrzyk świeżych sił. Postój w parku okazał się dobrym pomysłem. Część z nas wykorzystała wolny czas na restaurację, a część poświęciła go na próby przełamania bariery językowej. Podszedł do nas wiekowy pan i opowiadał coś o swojej rodzinie. Niestety mimo wspólnego słowiańskiego trzonu, język ten różni się od polskiego. Jest też zasadniczo inny niż rosyjski, więc komunikacja pierwszego dnia nie szła nam najlepiej. Dodatkowe wprawki zafundowano nam, gdy mieliśmy indywidualnie dotrzeć do Skalnych Progów na Użu i trzeba było pytać tubylców o drogę. Dalszy ciąg naszej wyprawy to pasmo spotkań z niezwykle miłymi, gościnnymi ludźmi. Gdy odpoczywaliśmy podziwiając tchnące potęgą skały, wciąż obmywane przez spienioną rzekę, której nurt w tym miejscu jest bardzo silny, podeszli do nas dziadek z wnuczką. Starszy pan długo nam coś tłumaczył a potem zachęcał podopieczną: „No, poproś wreszcie”, ale wnuczka spłonęła wstydem i milczała. Jak zwykle nic nie zrozumieliśmy, ale było bardzo miło (słowo daję, w przyszłym roku zabieram ze sobą ukrainistkę!).

   W międzyczasie Ukraina mnie urzekła. Jej rozległość terytorialna w jakiś sposób wpisana jest niemal w każdy skrawek ziemi. Nie mieliśmy okazji podziwiać wspaniałych stepów ukraińskich, ale coś na ich kształt - połoniny. Zbocza gór pokryte są zieloną trawą a widoki ciągnął się w nieskończoność. Gdziekolwiek leży horyzont- zawsze leży bardzo daleko. To daje poczucie niezwykłej wolności. Zwłaszcza kiedy jedziesz rowerem z dużą prędkością, masz wrażenie, że jesteś nieodzowną cząstką tego ogromnego świata. Błękit nieba i zieleń traw przenika cię i zatapia się w najgłębszych zakamarkach twojej duszy i masz wrażenie, że ten świat staje się nieodzowną częścią ciebie. Gdy jednak pomyślę o mieszkających tu ludziach – trudno mówić o wolności. Noszą w sobie tę przestrzeń, ale szyje ich są jeszcze skrępowane komunistyczną mentalnością. Szczególnie na przejściach granicznych. Specyficznie też płynie tutaj czas. Gdy przejeżdżaliśmy przez wioski, widzieliśmy ludzi siedzących na ławeczkach przed domami. Żadnego wyścigu szczurów, żadnej nerwówki. Spokój mądrych, doświadczonych ludzi.  „Sielanka” nie byłaby tu trafnym określeniem.

   W jednej z takich wiosek, o nazwie Silь, zwiedzaliśmy starą drewnianą cerkiew pod wezwaniem św. Wasyla. „Kluczniczka” pokazała nam księgi liturgiczne spisane językiem staro-cerkiewno-słowiańskim. Pochodziły z pierwszej połowy XIX wieku. Pozwolono nam również wejść za Carskie Wrota i zrobić zdjęcia. W niedalekiej Kostrinie również znajduje się drewniana cerkiewka. Niestety była zamknięta. Tylko koło drzwi ktoś przybił rysunkową instrukcję swoistego egzorcyzmu (prawosławni żegnają się w odwrotną stronę niż my. Egzorcyzm polegał na tym, że lewe ramię omijasz górą i trafiasz prosto w „twarz” czającego się tam biesa).

   Pod wieczór dotarliśmy do Wołosianki – większej wsi nad Użem. Zmęczeni obsiedliśmy schody szkoły, w której zaplanowano kolejny nocleg. Duża ilość udostępnionych sal nie sprzyjała integracji między czterema nacjami. Lody zostały przełamane następnej nocy, w trakcie której dołączyli do nas przedstawiciele piątej nacji. Ale o tym później.

   Kiedy część z nas posilała się po wyczerpującym dniu, pozostali pojechali busem zwiedzać okolicę. Przywieźli piękne zdjęcia z Przełęczy Użockiej, skąd było widać szczyty polskich Bieszczadów skąpane w świetle zachodzącego słońca. Przy okazji jeden z naszych kolegów, zainteresowany współpracą agroturystyczną na tych terenach, próbował wysondować tubylców. Niestety, na hasło „agroturystyka” wszyscy uciekali, a osobliwie dziewczęta. Do dziś nie wiemy, czy to słowo kryje w sobie jakieś złowieszcze moce, czy też urok osobisty naszego kolegi peszył młode panienki.

   Gdy znów byliśmy razem, pełnoletni turyści zapragnęli zakosztować lokalnej kultury i rozrywki. W tym celu odwiedziliśmy dyskotekę. Po degustacji ukraińskich win, postanowiliśmy ruszyć na parkiet, wydeptany przez okoliczną młodzież. Poprosiliśmy o jakąś folkową muzykę, po czym pani barmanka znikła na długie kwadranse a z głośników zaczęły się dobywać poszatkowane fragmenty ukraińskiego disco. Okazało się, że ta starsza pani zza lady pełni również funkcję DJ-a i szuka szybko czegoś ludowego na obszernej liście utworów zgranych na komputer. Suzana stanęła obok i przy każdej piosence mówiła: „Nie, to nie dobre.”, aż powiedziała: „O! To dobre!” i puściliśmy się w tan. Przy następnym songu nasz krąg został rozerwany przez pewnego pana w marynarskiej koszulce, trzymającego w objęciach – naszą DJ- kę!!! Kręcił nią jak na karuzeli, przytupywał, pokrzykiwał. A potem po kolei wyciągał z kręgu wszystkie dziewczyny. I tak oto zasmakowaliśmy ukraińskiego folkloru. Okazało się, że ów tancerz to Wiktor – właściciel lokalu. Bardzo cieszył się z naszych odwiedzin i że się tak dobrze bawimy. Myśmy cieszyli się jeszcze bardziej.

DZIEŃ III: Wołosianka – Turka

Ok. 6.00 zbudziła nas głośna muzyka. „No tak- pomyślałam- my się bawimy wieczorem a inni wolą poranki. Polskie sowy i ukraińskie skowronki”. Nasi współtowarzysze podróży z Wielkiego Bereznego zabrali ze sobą magnetofon. Po chwili jednak Top Lista została zagłuszona przez rzęsisty deszcz. Nikt nie zarządzał pobudki. Na ten dzień planowaliśmy Przełęcz Użocką – jedno z piękniejszych miejsc na tym terenie, ale też trudny podjazd. Gdy nie mogliśmy już wyleżeć na naszych karimatach, Josef zaczął snuć plan zastępczy – samochody zawiozą nas na górę a zjeżdżać będziemy na rowerach. Zbyszek miał jeszcze lepszy pomysł - w Bieszczady Wschodnie można dojechać linią kolejową Lwów – Użhorod (przez Użok) na ich północno-zachodnim krańcu. Zapewnia to wspaniałe widoki. Zbyszek kombinował, w jaki sposób załapać się na tę kolejkę. W międzyczasie Josef obdarował nas różnymi materiałami reklamowymi o Sninie, o „Zelenym Bicyklu”, o Greenway. Udało nam się również porozmawiać z nauczycielką ze szkoły w Wołosziance. Pokazała nam i objaśniła mini skansen zorganizowany na korytarzu. Był tam strój ludowy, stare przyrządy, krosno, garnczki.

 Dysputowaliśmy nad najlepszym rozwiązaniem deszczowego problemu tak długo, aż w końcu wypogodziło się i wsiedliśmy na rowery.

Zdobycie Przełęczy Użockiej wymaga pewnego wysiłku. Podjazd ciągnie się tu prze 4 kilometry. Jadąc pomału na najlżejszym przełożeniu można tego dokonać. W połowie drogi nasi przyjaciele z busa zarządzili stację paliw i regenerowali nasze siły przy pomocy słowackiej jeszcze oranżady. Następny postój zarządziliśmy już sami – coś wreszcie trzeba było zjeść, a przy trasie rosły bardzo smakowite maliny. O porannym deszczu nikt już nie pamiętał. Żar lał się z nieba, a z czół – pot. Zjechaliśmy więc trochę z trasy, bo Josef dał cynk, że niedaleko bije źródełko. Mocno siarkowe. Niektórzy moczyli chustki i zakładali na przegrzane głowy. Prawdziwa ulga.

Legenda głosi, że to właśnie przy podjeździe na Użok, jedna z naszych rowerzystek osiągnęła prędkość 50 km/h. Pod górę! Czyżby to źródełko miało cudowną moc?

Tego dnia spotkaliśmy prawdziwego ukraińskiego żołnierza. Zawrócił w głowach wszystkim dziewczynom – każda chciała usiąść na jego potężnym, silnym kolanie. Muskuły miał jak ze stali. Dziwne, bo były z kamienia. Natykaliśmy się na więcej powojennych pamiątek. Kraj ten ma swoją krwawą historię.

Na noc zawitaliśmy do Turki. Aby godnie powitać to miasto, uformowaliśmy elegancki szyk, który szybko przeformował się w swobodnie zorganizowany peleton i tak zajechaliśmy pod szkołę. Wewnątrz zdumiały nas sufity wyłożone wytwornymi kasetonami i równie wyszukane żyrandole nieco odstające stylem od reszty wystroju. Zwłaszcza łazienek. Dowiedzieliśmy się później od nocnego stróża, że niedaleko znajdowała się fabryka tych właśnie elementów. Niestety zbankrutowała, po czym wspomogła szkołę zalegającym w magazynach towarem. Zastanowił nas także pewien punkt planu lekcji dzieci. Otóż mali Ukraińcy od godziny 14.30 do 15.00 mają dyskotekę!!! Dlaczego u nas nikt tego nie wprowadził? Można by np. połączyć w-f z lekcjami języka obcego i tańczyć do Britney.

Jeżeli chodzi o w-f i różne sporty, na razie mieliśmy tego pod dostatkiem. Problem stanowiły prysznice. Na szczęście kolejnym punktem programu była kąpiel w pobliskich kamieniołomach. Strasznie się napaliliśmy. Jožo zarządził krótki odpoczynek, lekkostrawny obiad i w trasę. Właśnie wstawiałam ryż, gdy zauważyłam podejrzane zbiegowisko koło okna. Zapomniałam wspomnieć, że tym razem do dyspozycji mieliśmy jedną salę, więc mogły ziścić się nasze marzenia o integracji. W stronę okien obróciły się już wszystkie głowy, a za oknem – kap, kap, kap…i lunęło! Lało tak, że rynny nie były w stanie pomieścić wody. Prawdziwe wodospady tworzyły się na rogach budynku. Lało tak, a nasi ukraińscy kumple wyskoczyli na dwór i dawaj – skakać po deszczu. Jeden aż zgubił klapka. Stało się oczywiste, że z wyprawy na kamieniołomy i wymarzonej kąpieli nici. Za to prysznice naturalne, bicze wodne i pływalnie kałużowe otwarte. Jak można było nie skorzystać? Przebraliśmy się w kostiumy, wzięliśmy przybory do mycia i sen o czystych nogach wreszcie się spełnił.

Pachnący i szczęśliwi udaliśmy się na pieszą wycieczkę po mieście. Przy bramie natknęliśmy się na trzech Francuzów, którzy jechali z Koszyc, przez Lwów, Kijów aż na Krym. Cały bagaż łącznie z namiotami wieźli na rowerach. Martwili się jednak, bo mokry grunt nie sprzyja noclegom w polowych warunkach. Szukali hotelu. Josef zaproponował im, by rozgościli się w szkole razem z nami. Kamień spadł im z serc. Umówiliśmy się koło 21.00 a tymczasem każdy poszedł w swoją stronę.

Oglądaliśmy katedrę w Turce, stary barokowy kościół w górze miasta – remontowany w tej chwili. Przez Turkę płynie mała rzeczka – Jabłonka. Jej koryto jest bardzo wąskie. Po ostatnim oberwaniu chmury wody wezbrały do niebezpiecznego poziomu. W wyżej położonych partiach miejscowości rzeka prawie wylała.

Spędziliśmy ten wieczór w restauracji nad Jabłonką. Taras, na którym siedzieliśmy, wychodził nad wodę, prawie nad powierzchnią. Przypadkowo zeszliśmy się tam niemal wszyscy – Słowacy, Polacy i Francuzi. Tylko Ukraińcy preferowali w każdej wolnej chwili „zajeżdżać” swoje rowery. Ale cóż – dla nich to pewnie żadna atrakcja próbować narodowych potraw. Prawdziwym rarytasem były pierożki zwane chyba „pieriemini”.

Po powrocie do szkoły pokazaliśmy przyjaciołom z Francji zdjęcia z naszej wyprawy (Josef miał ze sobą laptopa, na którego od razu zgrywano zdjęcia z cyfrówek). To tam odbyła się pierwsza międzynarodowa prezentacja tych fotografii.

Było już dosyć późno a my i tak nie bardzo wiedzieliśmy, jak zapalić światło w naszej sali, więc wszyscy grzecznie pokładli się spać i posnęli pełni wrażeń.

DZIEŃ IV: Turka – Chyrów

Któż z nas nie jadł barszczu ukraińskiego! Zapewne jednak niewielu z nas wie, że obecny barszcz, sporządzany z czerwonych buraków, niewiele ma wspólnego ze starą słowiańską recepturą. Nasze praprababki do uwarzenia tej zupy używały ogonków liściowych innej rośliny, zwanej... barszczem. Podejrzewamy, że widzieliśmy to właśnie ziele! Jest bardzo wysokie i rozłożyste. Natknęliśmy się na nie w drodze na Rozluč.

Chcieliśmy spróbować wywaru z tej rośliny w nowo-wybudowanej Tour-bazie za Rozlučem. Jednak specjalnością tamtejszej kuchni były placki z sosem grzybowym, więc daliśmy się namówić. Nie żałowaliśmy. Obok bazy znajduje się wyciąg narciarski, a wysoki standard noclegów zszokował nas. Na tym zapomnianym skrawku ziemi turystyka dopiero się rodzi. Są to piękne, dziewicze tereny i warto zobaczyć je teraz, póki jeszcze pozostają niezmienione.

W Jasienicy udało nam się wejść do cerkwi – starej na zewnątrz, ale wewnątrz z całkowicie nowym ikonostasem. Obok stoi XVIII – wieczna drewniana dzwonnica. To w niej znajduje się muzeum zabytków sakralnych i nie tylko. Cztery przemiłe babcie oprowadziły nas po muzeum. Na jednych największe wrażenie zrobiły wiekowe ołtarze, na innych - pomysłowa kołyska, ale z pewnością na wszystkich – zdjęcie przyniesione przez jedną z babuszek. „To ja, jak miałam 15 lat.” - wskazywała na śliczną młoda dziewczynę. Kolejnym punktem na naszej trasie było „Źródełko wieczności”, jednak patrząc na naszą kustoszkę wiedzieliśmy, że ona piła z lepszego źródła – „Wody Żywej”.

Z Jasienicy pojechaliśmy do Lavriva (Ławrów). Musieliśmy trochę odbić od trasy, a że było już późno, załadowaliśmy się do samochodów, zostawiwszy rowery pod czujną opieką Luby, Magdy i Gracjana. W Ławrowie mieści się Monaster św. Onufrego. Podobno został wybudowany w 1278 roku, ale później przebudowywano go. Ostatnia ingerencja w jego architekturę miała miejsce po pożarze w 1909 roku. Kiedy oglądaliśmy klasztor z każdej strony, przyszedł do nas brat- przewodnik. Ponieważ budynek był właśnie w remoncie, nie mogliśmy obejrzeć jego wnętrza. Mnich Tymoteusz wynagrodził nam to sowicie, opowiadając niezwykle barwnie i żywiołowo historię obiektu. Na początku, gdy mówił jeszcze powoli, udało mi się zrozumieć, że teren ten należał do majętnego człowieka o nazwisku Lavr. W pierwszej fazie istnienia klasztoru mnisi mieszkali w celach – grotach czy jamach wykopanych wokół kościoła a na obszarze dzisiejszego monasteru znajdował się cmentarz, wokół którego jaśniała łuna i… tu zaczął nam doskwierać brak tłumacza. Było widać, że mnich Tymoteusz opowiada fascynujące rzeczy, prawie przy tym lewitował. Niestety, nasza ignorancja językowa wywoływała niekiedy podejrzliwe uśmieszki, a wtedy nasz opowiadacz pytał groźnie: „Z czego się śmiejesz? Wszystko prawda! Pisali o tym w książce!” W końcu ktoś się przyznał, że my chyba coś źle rozumiemy. Brat uśmiechnął się szeroko i kazał nam zaczekać. Po chwili wrócił z torbą pełną cukierków, poprosił nas o modlitwę i tak skończyło się jedno z bardziej pasjonujących zdarzeń mojego życia.

Wracając próbowaliśmy wspólnymi siłami dojść, o czym mnich Tymoteusz opowiadał z takim zapałem, ale wychodziły nam z tego tak niestworzone historie, że daliśmy za wygraną.

W Starym Samborze na dobrą atmosferę padł cień. Do granicy było już bardzo blisko. Do Leska było blisko. Parę osób, które z różnych przyczyn wiele czasu musiały spędzić w busie, postanowiło wrócić wcześniej. Zżyliśmy się przez tych kilka dni i żal chwytał na myśl o rozstaniu, ale było to nieuniknione. Przeładowano więc pozostałe bagaże na przyczepę Jozefa i kochani leszczanie ruszyli w stronę granicy, a my do Starej Soli. Rozpędzeni omal nie ominęliśmy starego kościoła. Na szczęście Bartek czuwał i pościągał nas z drogi. Młodzi Słowacy już tam byli. Jeden z nich siedział obok rowerów. „A Ty nie zwiedzasz?”- spytałam. Nie zrozumiał. Zapytałam, jak ma na imię. Nie zrozumiał. Spytałam łamanym rosyjskim: „Kak Tiebia zawut?” „A! – zrozumiał – Meno?” Zignorowałam znak zapytania na końcu i odtąd nazywałam go „Meno”. Do czasu, gdy Luba wyjaśniła mi, że po słowacku „meno” znaczy „imię” a chłopaczka zwą „Dano”. Cóż, a podobno jestem brunetką…

Kościół był bardzo zniszczony, w trakcie remontu. Na szczycie imponującej, barokowej fasady, ozdobionej aniołkami, umieścił się symbol nowego życia, zwiastun narodzenia i odrodzenia – bocian w rozłożystym gnieździe.

Tym razem naszymi przewodnikami były dzieci. Brat z siostrą i ich sąsiad. Jego tata pracuje przy odbudowie kościoła. Nie mogliśmy wejść do środka, ale dzieciaki zaprowadziły nas do krypty, gdzie jeszcze rok temu leżały luzem kości ludzkie – dziś już zebrane w trumienkę. Podobno z tej krypty prowadził kiedyś aż do Polski podziemny korytarz. Po wnętrzu oprowadził nas młody Polak, który mieszka tu od urodzenia i od prawie zawsze opowiada turystom historię kościoła. Na zniszczonych ścianach najstarszej kaplicy udało nam się dostrzec freski z XIV wieku. Kościół uległ zniszczeniu ponoć dlatego, że przy jego budowie wykorzystywano wodę z pobliskiego, bardzo słonego jeziora. Pewien polski ksiądz zapisał w testamencie pieniądze na remont domu Bożego i mieszkańcy Starej Soli pracują przy tym dziele własnymi rękoma. W miejscowości tej znajduje się również bardzo stara cerkiew, którą oglądaliśmy z dachu kościoła. Nasz polski przewodnik opowiadał, że jej fundamenty stanowią pnie ściętych drzew. Dzieci z kościoła towarzyszyły nam również w drodze do szpitala neurologicznego. Dawno temu budynek ten został zafundowany przez pewnego magnata dla jego żony, ale ta okazała się niewierną i zbiegła wraz z koniuszym. Tak przynajmniej opowiadali pacjenci. Dworek zaadaptowano na szpital, ale trzeba przyznać, że dekoracja zewnętrzna ma nieco sentymentalny charalter.

Przyszedł czas opuścić to gościnne miasteczko i udać się na noc do Chyrowa. Dzieci odprowadzały nas jeszcze kawałek. Poczęstowały nas chipsami, potem częstowały czekoladą, którą dopiero co dostały, a na koniec chciały rozdać foldery od Jozefa. Były bardzo bezinteresowne. Kiedy jednak przyjrzały się folderom, jeden z chłopców powiedział: „My mamy rowery, ale nie ma komu z nami jeździć. U nas nie ma takich klubów rowerowych.” Dziewczynka dorzuciła: „Czasem ktoś nas zabierze w góry, ale to rzadko”. „A ile trzeba mieć lat, żeby być w takim klubie?” Pytały jedno przez drugie. „Tak na dłuższe wyjazdy to koło 17” odpowiedziałam. „O, to jeszcze nam dużo brakuje” westchnął chłopiec. „No tak – próbowałam je jakoś pocieszyć – ale jak dorośniecie, to sami będziecie mogli taki klub założyć”. Uśmiechnęły się tylko, chyba jeszcze nie do końca w to wierząc. Uściskaliśmy się na pożegnanie i popędziliśmy w stronę Chyrowa. Tutaj, niemal opłotkami, przedarliśmy się do szkoły. Ten nocleg mieliśmy spędzić w przestronnej sali gimnastycznej. Ułożyliśmy się pod ścianami, zaś centralne miejsce zajął – czajnik. Z jakichś bliżej nieznanych nam powodów, kontakt znajdował się dokładnie w samym środku pomieszczenia.

Tego wieczoru na obiad poszliśmy wszyscy razem do Afrodyty – lokalu znanego z ubiegłorocznych wypraw. Gościem honorowym był dyrektor szkoły, w której mieliśmy nocować. Opowiedział nam o systemie edukacyjnym na Ukrainie. Naprawdę – żaden polski nauczyciel nie powinien narzekać na niską pensję. Po dyskusji i spożyciu pierożków z ziemniakami, podanych w bardzo stylowych glinianych garnczkach, wróciliśmy do „bazy”.

DZIEŃ V: Chyrów – Lesko

Nastał dzień powrotu. Zaczął się radośnie i nietypowo. Josef – „wuefista” – po nocy spędzonej w sali gimnastycznej przypomniał sobie uroki uprawiania sportów w zamkniętym pomieszczeniu, toteż wskoczył na swego „rumaka” i przemierzył całą salę. Nikt by się tym specjalnie nie przejął, gdyby nasz kochany szef nie trąbił przy tym zawzięcie swoją oryginalną, cyrkową trąbką. Tym sposobem wyrwani ze smacznego snu, spakowaliśmy się migiem, zjedliśmy ostatnie na ukraińskiej ziemi śniadanie i potoczyliśmy się w stronę stacji kolejowej. Ponieważ w Chyrowie brak pieszego przejścia granicznego, poradzono nam, byśmy załadowali rowery na skład i przejechali granicę pociągiem. W trakcie odprawy okazało się jednak, że granica, owszem, jest międzynarodowa, ale pociąg – międzypaństwowy. To oznacza, że mogą nim jechać tylko Polacy i Ukraińcy. Słowakom i Suzanie zrobiło się przykro, ale cóż było robić. Wsiedliśmy do przedziału, a pozostałe osoby wynajęły busa, który bez problemu przewiózł ich do Polski. Za to my utknęliśmy na dobre. Jechali z nami ukraińscy celnicy. Z ogromnym zainteresowaniem oglądali nasze rowery. Wszczęli rozmowę ze Sławkiem: „A ta lampka? To nie dynamo. Skąd w niej prąd?”. Sławek zaczął wyjaśniać kwestię baterii, ale, gdy wszedł na temat diod, drugi z celników zapytał: „A dętki? Masz samochodowe wentyle, jak pompujesz?” Nastąpiła krótka prezentacja pompki z dwiema wymiennymi końcówkami, po czym padło zasadnicze pytanie: „A który z tych rowerów najlepszy?” „Wszystkie do niczego!” wykrzyknęliśmy prawie chórem. Po przekroczeniu ukraińskiej granicy do pociągu wsiadła polska straż celna. Słyszeliśmy, jak porozumiewają się przez krótkofalówkę: „200 Ukraińców! Minimum 4 godziny!”. Za chwilę zrozumieliśmy, czemu kontrola trwa tak długo. Jest bardzo dokładna z powodu tzw. kontrabandy. Pasażerowie upychają nadwyżki, gdzie się da, ale celnicy doskonale znają te „tajne” miejsca. Przetrząsają nie tylko przekraczających granicę, ale dosłownie cały pociąg. Ci, którzy pojechali busem, byli już w Polsce, a my oglądaliśmy niecodzienne widowisko. Po jakimś czasie celniczka zainteresowała się nami: „No, pokazujcie, co macie!” Wyjęłam jedną butelkę wody, potem drugą. „Co to? Woda? Interesuje mnie alkohol, papierosy.” „Nie mamy”- odparłam zgodnie z prawdą. Nie mogła się nadziwić. W końcu pozwolono nam wysiąść z pociągu i przekroczyć granicę na rowerach. Byli bardzo wyrozumiali i uczynni. Jeden z celników osobiście nas przeprowadzał przez punkt kontrolny, żeby już nikt nie robił nam problemów. Ostatnie migawka z granicy – peron zasłany skarpetkami i pudełkami malboro.

A potem powietrze w dętki, nogi na pedały i do Leska.

A głowa pełna wspomnień.

A w sercu „żal, żal za…zieloną Ukrainą”.

Autor tekstu: Krystyna Pawliszak

 
 

Version